Lotnicza Majówka w Iławie, czyli w poszukiwaniu życia bez Kielaka.

Jeśli życie czegoś mnie nauczyło, to chyba tego, żeby zawsze spodziewać się niespodziewanego. Tym razem jednak czujność mnie zawiodła. To miała być spokojna wyprawa na powoli wrastającą w polski krajobraz imprezę lotniczą nad Jeziorakiem. Jedyne obawy wiązałem z prognozami pogody, które jak każdy spotter przeglądałem z napięciem nałogowego hazardzisty obserwującego ostatnie metry gonitwy. Tak, pogoda mogła nam spłatać brzydkiego psikusa. Poza tym nie przewidywałem żadnych niespodzianek.


Tymczasem organizatorzy Lotniczej Majówki w Iławie, jako pierwsi w tym sezonie, wybrali się na trudną misję sprawdzenia czy istnieje życie bez Artura Kielaka. Jego udział w pokazach wydawał się być oczywisty, to w końcu główna gwiazda takich imprez.  Część widzów przychodzi na pokazy przede wszystkim dla niego. I tego wyczekiwanego gwiazdora zabrakło.  Zabrakło też innego zawsze oczekiwanego gościa, awizowanego wstępnie MIG-a 29.

Mimo tych absencji, z czystym sumieniem mogę postawić organizatorom piątkę z minusem (choć warto pamiętać, że poprzednią edycję Majówki oceniłem na medal). Ubiegłoroczny program naszpikowany był ciekawymi maszynami. W tym roku lista nie wyglądała aż tak imponująco, choć ciągle była to wersja „na bogato”.

Pod nieobecność Kielaka główną gwiazdą imprezy został Łukasz Czepiela (Zivko Edge 540) i nie zawiódł oczekiwań. Kolejnym dużym nazwiskiem był Jurgis Kairys (Sukhoi SU-31).  Na mazurskim niebie zaprezentowali się też Flyings Bulls Aerobatics Team (4x XtremeAir XA42 Sbach 342). Więcej spodziewałem się po pokazie Mateusza Stramy  (Yak-3U), ten występ mógł i powinien być trochę dłuższy. Choć takie odczucia mam po każdym jego pokazie, to nie tracę nadziei na przyszłość. Kiedyś w końcu uda mi się napatrzyć na tę maszynę. Tradycyjnie z dobrej strony pokazała się krośnieńska grupa Cellfast Flying Team w składzie Mieczysław Machnik, Arkadiusz Nowak i Daniel Dębosz (plus Tomek Buszewski za mikrofonem). Podczas pokazów mogliśmy podziwiać prawdziwy antyk – szkolnego Boeinga Stearmana PT-17 Kaydet latającego w malowaniu US Navy, w której nomenklaturze samolot miał oznaczenie N2S-3. Za sterami legendarnej Żółtej Grozy krakowski pilot Marek Forystek.

Nowe szaty zaprezentowała królowa wiatraków, Maria Muś. Jej Bölkow Bo 105 w nowym malowaniu prezentuje się naprawdę świetnie. A sam pokaz… no cóż, królowa jest jedna.  Warto zaznaczyć, że tym razem śmigłowców było naprawdę sporo. Poza Bo 105 także Mi-24 Hind, Mi-17, W-3 Sokół oraz jego morska wersja W-3WARM Anakonda.

Ciekawostką pokazów był niewątpliwie Mustang Midget  –samolot oparty na North American P-51 Mustang, sprzedawany jako zestaw do samodzielnego montażu.