SIAF 2015 – Zoltán Veres kombajnista

W ostatni weekend większość naszej ekipy bawiła się na 70-leciu Aeroklubu Podkarpackiego w Krośnie. Ja postanowiłem wybrać się na imprezę innego kalibru. Slovak International Air Fest w słowackiej miejscowości Sliac . Były to naprawdę upalne trzy dni.

W tym roku na pokazach byłem tylko w Radomiu, SIAF miał być dla mnie rekompensatą początku sezonu więc postanowiłem poświęcić tej imprezie trzy dni.  Z Sanoka wyjechałem z samego rana, tak aby zaliczyć najwięcej piątkowych treningów. Wybrałem odpowiednią trasę, żeby ominąć remonty na słowackich drogach i jak najszybciej być w Sliacu. Granicę przekroczyłem w Ożennej, a kilka kilometrów dalej słowaccy drogowcy zaczęli zwijać przede mną asfalt i zamknęli drogę… kosztowało mnie to godzinę czekania. Na szczęście dalsza droga przebiegała bez niespodzianek. Na miejscu byłem ok. godz. 14 i nad moją głową szaleli już włosi z Frecce Tricolori. Miałem w planie zająć miejsce tuż przy progu pasa startowego, ale niestety w tym roku organizatorzy zabronili przebywania tam. Musiałem zadowolić się miejscem na polu namiotowym, ale zimne piwo wynagrodziło brak dobrej miejscówki do fotografowania. To był pierwszy raz na pokazach kiedy nie wyciągnąłem aparatu z plecaka, a siedziałem i oglądałem treningi grup akrobacyjnych i pilotów solowych.

Sobota zaczęła się o 6:35 od huku startującego L-39 Albatros, zaraz potem na polu namiotowym zameldował się Bartek Kwilosz z rodziną i chłopaki z Nowego Targu. Zjedliśmy razem śniadanie, strzeliliśmy kawę i rozpoczęliśmy spacer dookoła lotniska – cel: pole kukurydzy, które jest odpowiednikiem ul. Skaryszewskiej w Radomiu. Wszyscy, którzy szli na lotnisko dziwnie na nas patrzyli bo, jako jedyni szliśmy w drugą stronę niż trzeba żeby być na pokazach. Doskonale wiedzieliśmy co robimy. Ponad 5 km marszu wyszło nam na dobre, bo wszystkie ewolucje były wykonywane nad nami. Miejsce to gwarantuje słońce w plecy i bardzo blisko latające samoloty. Przez cały dzień piloci dawali ognia nad nami, aż pojawił się słynny Zoltán Veres, który w pewnym momencie schował swój samolot za kukurydzą!

IMG_8193
Zoltán Veres kosi kukurydzę swoim kombajnem.

Że jest to szalony pilot wiedzieliśmy doskonale, a swoim przelotem tylko utwierdził nas w tym przekonaniu. Widziałem już naprawdę dużo na pokazach w całej Europie, ale ten wyczyn na długo pozostanie w mojej pamięci. Właśnie dla takiego widoku warto szukać alternatywnych miejsc do oglądania pokazów lotniczych.

Po wylądowaniu polskiego MiGa-29 (ostatniego samolotu w sobotnim programie pokazów), trzeba było jakoś wrócić na pole namiotowe. Mimo opróżnienia wszystkich butelek z wodą i mniejszej ilości kilogramów w plecaku, spacer wcale nie był łatwiejszy. Cały dzień spędzony na słońcu zrobił swoje, ale daliśmy radę. Maszerując do namiotów mieliśmy w głowie jedno: czeka na nas zimne piwko. Browarek okazał się gorącą zupą z żubra…

Na niedzielę zamówiliśmy budzenie nieco wcześniej bo na 6:15. Pilot L-39 okazał się punktualny, jak na żołnierza przystało. Ten dzień postanowiłem spędzić już na terenie lotniska. Razem z Robertem i Zbyszkiem z SPFL zajęliśmy miejsce przy barierkach tuż po godz. 8. Pierwszy pokaz w powietrzu przewidziany był na godz. 10 więc miałem sporo czasu na obejście wystawy statycznej. W tym roku była bardzo skromna. Hitem miał być bombowiec B-52, ale kilka dni przed imprezą jego przylot został odwołany. W zamian amerykanie przysłali parę F-15 oraz jednego UH-60 Black Hawk. Słowacy mogli zobaczyć śmigłowiec, który już niebawem wejdzie na wyposażenie ich sił powietrznych.

Program niedzielnych pokazów był odwróconą wersją sobotniego, co dało możliwość sfotografowania wszystkich statków powietrznych z innej perspektywy. Dodatkiem do całości był przelot czeskiej pary dyżurnej na samolotach JAS-39 Gripen C, oraz przylot i pokaz grupy akrobacyjnej Patrouille de France, który był zakończeniem tegorocznej edycji SIAF.

Po wyjściu z lotniska, nie pozostało mi nic innego jak zjedzenie obiadu, złożenie namiotu i powrót do domu. Choć warunki w jakich spędziłem weekend były spartańskie to wiem, że za rok znowu będę na SIAF, bo to nie tylko Slovak International Air Fest, ale Super Integracja Amatorów Fruwadeł.

Tekst i zdjęcia: Artur Kucharski