Tam gdzie rosną tulipany…

Blisko trzy tysiące przejechanych kilometrów. Kilka tysięcy klapnięć migawki. Blisko 20 godzin pokazów w powietrzu. Nalot 10 myśliwców na lotnisko. Ponad sto tysięcy osób publiczności. Broń termojądrowa pod naszymi stopami… Wspólnym mianownikiem dla tego wszystkiego jest:  Luchtmachtdagen 2013 – czyli 100-lecie Królewskich Holenderskich Sił Powietrznych w bazie wojskowej w Volkel.

Wszystko zaczęło się od Michała, który zadzwonił do mnie w styczniu. Propozycja nie do odrzucenia, wspólny wyjazd na ww. imprezę. W związku z zawirowaniami na początku roku poprosiłem go o kilka dni czasu do namysłu. Czekał… pięć, góra dziesięć minut. Decyzja: Jedziemy!

Czwartek 12 czerwca, godz. 13. auto spakowane, zatankowane i gotowe do wyjazdu. Po drodze w Krośnie na pokładzie meldują się Michał i Tomek, już wtedy mieliśmy załadowany samochód po brzegi, a gdzie tu miejsce dla jeszcze jednej osoby? W Jaśle na stacji benzynowej czeka na nas drugi Tomek z pokaźną górą plecaków, toreb i cholera wie czego jeszcze. Po przepakowaniu  bagażnika i zamknięciu go „butem” ruszyliśmy w drogę. Przed nami blisko 1400 km jazdy. Droga jak droga. Najbardziej dłużył się odcinek do autostrady w Tarnowie, ale później kilometry zaczęły jakby szybciej uciekać.

Przed granicą z Niemcami dołącza do nas kolejny Tomek, w prezencie dostaje od nas kilka toreb i namiot. Trzeba było chłopa wykorzystać skoro jechał sam autem i miał jeszcze trochę miejsca, choć sam zabrał bagaży dla co najmniej 3 osób.

Po piętnastu godzinach jazdy i kilku wypitych kawach nad ranem byliśmy już w kraju Tulipanów, wiatraków i innych fajnych legalnych roślin.

Dojazd na wyznaczony parking przy lotnisku przebiegł sprawnie dzięki rewelacyjnemu oznakowaniu i ludziom wyznaczonym do kierowania ruchem. Zaparkowaliśmy, szybkie śniadanko, plecaki ze sprzętem na plecy, krzesełka w dłoń i marsz w kierunku bramy lotniska. Zjawiliśmy się godzinę przed czasem, a tłum z minuty na minutę się powiększał.

Po otwarciu bramy przez holenderskich żołnierzy rozegrały się sceny niczym ze skeczu PT „Otwarcie Hipermarketu” w wykonaniu kabaretu Ani Mru-Mru. Efektem tego biegu było zajęcie całkiem dobrej miejscówki przy barierkach. W Volkel statyka ustawiona jest dokładnie na wprost strefy dla publiczności i bardzo dobrze zasłania pas startowy, więc o fotografowaniu startów i lądowań można zapomnieć. No chyba, że trafi się takie miejsce jak my, ok. 30 metrów przerwy między samolotami, śmigłowcami.

Równo z wybyciem godz. 9 w powietrze jako pierwszy wzbił się holenderski Hawker Hunter, piękna maszyna, a pilot zrobił przyzwoity pokaz jak na zabytkowy samolot przystało.
Zaraz po nim w powietrzu dumnie prezentował się pamiętający czasy II wojny światowej Douglas C-47. Po nim przyszedł czas na jedną z gwiazd święta w Volkel – Saab JA 37 Viggen. Piękny szwedzki samolot w układzie kaczki z nieprawdopodobnie wielką dyszą silnika. Jest to jeden z dwóch maszyn utrzymywanych w stanie zdolnym do lotu, głównie dla celów pokazowych.

Następnym oczekiwanym przez nas pokazem była para myśliwców szturmowych Mirage 2000N francuskich sił powietrznych. Piloci tych zdolnych do przenoszenia broni jądrowej pokazali niesamowite, dynamiczne i agresywne manewry taktyczne symulujące atak na lotnisko. Oglądając te wyczyny nachodzi jedna myśl – gdyby tak nasi lotnicy na Sukach latali… I o Su-22 też wspomnę.

Niesamowite wrażenie zrobił na mnie duński C-130 Hercules, który na koniec swojego pokazu rozpuścił piękny pióropusz flar ciągnący się za unoszącym się transportowym kolosem. Co za widok!

Przyszedł czas na pierwszy z serii pokaz F-16. Belgijski pilot lata zdecydowanie bardziej zachowawczo niż koledzy z Holandii czy Turcji, ale jego pokaz ani trochę nie jest nudny.

Szybkie wspinania świecą z masą flar wyrzucanych spod brzucha, wygląda to naprawdę dobrze!

Perfekcyjnie jak to na Szwajcarów przystało zaprezentował się zespół Patrouille Suisse, Szwajcarskich Sił Powietrznych. Ich ciasne formacje przyprawiają o dreszczyk emocji, w końcu latają tak blisko siebie naddźwiękowymi F-5E Tiger II. Samoloty choć leciwe prezentują się świetnie w biało-czerwonym malowaniu.

Przyszedł czas na grube wejście Holenderskich Sił Powietrznych. Obok nas wykołował wszystkim dobrze znany „Orange” za którego sterami w tym sezonie zasiada kapitan Stefan „STITCH” Hutter. To bardzo doświadczony pilot F-16, jego nalot na tym typie samolotu przekracza 1000 godzin – drugi sezon za sterami pomarańczki. Zaraz po jego starcie w powietrze poderwał się pięknie wymalowany Q-17, czyli holenderski Boeing AH-64 Apache.

Piloci tych z goła różnych maszyn wykonali kilka wolnych przelotów wzdłuż pasa startowego tak aby zaprezentować swoje maszyny. Jak to wyglądało? Rewelacyjnie!

Następnie piloci zaprezentowali się indywidualnie. Orange jak zawsze na pełnym dopalaniu grzał powietrze i publiczność, dorzucając co chwilę sporą porcję flar spod brzucha. Apache natomiast kręcił niesłychane manewry w tym pętlę i również nie szczędził flar. Nie zabrakło również wolnych i szybkich przelotów na niskim pułapie obydwu maszyn. Przelot F-16 z prędkością 0,98 Ma kilkadziesiąt metrów nad głową – to trzeba zobaczyć!

Te wyczyny były tylko rozgrzewką, przed gwoździem programu, który przygotowali nam Holendrzy. 10 startujących jeden za drugim F-16 obwieszonych czym tylko się dało – po prostu miazga! Później za drzewami pojawiły się transportowe śmigłowce Boeing CH-47 Chinook –zaczęło się! Ze wszystkich stron prawie jednocześnie nadleciały F-16 i zrobiło się naprawdę gorąco!

Zresztą po co opisywać, zobaczmy to razem:

Niesamowite prawda? Czy zobaczymy coś podobnego kiedyś u nas w Radomiu? Szczerze wątpię.

 

Jakby komuś było już za dużo palników – to dopiero półmetek. Przyszedł czas na fińskiego F-18, co ta maszyna potrafi w powietrzu! Dynamiczne przeloty, beczki, pętle dopełnione „zawracaniem na ręcznym”, tak sobie tłumaczę szybki zwrot na pełnym dopalaniu. Wygląda to niesamowicie, gdyż podczas tego manewru samolot zarzuca tyłem jak samochód rajdowy wjeżdżający w zakręt z zaciągniętym ręcznym. To też trzeba zobaczyć na własne oczy!

Po sporej dawce emocji jaką zapewnił nam Fin i jego Hornet. Miejsca na pasie startowym zajęli włosi w swoich Aermacchi MB-339, oznaczało to nic innego jak start Frecce Tricolori.

Chciałbym podzielić się wrażeniami z ich pokazu, ale nie mogę. Przespałem go. Jak można spać gdy nad głową szaleje 10 samolotów odrzutowych? Okazuje się, ze można. Mając za sobą 15 godzin jazdy samochodem i pół dnia palników nad głową, zmęczenie wygrało.

Pobudkę zaserwował mi pilot czeskiego Gripena. Jego start na pełnym dopalaniu obudziłby każdego. JAS 39 Gripen  o numerze bocznym 9235 to wyjątkowa maszyna. Dlaczego? Ze względu na malowanie jakim jest ozdobiona. Piękny tygrys na stateczniku pionowym i groźne tygrysie oczy wymalowane na dziobowych skrzydełkach. Pokaz jak zawsze emocjonujący i głośny. Jak na tak niewielki samolot Gripen potrafi zaryczeć niczym tygrys, który zdobi jego statecznik.

Po zakończeniu pokazu przez Czecha na pasie gotowa do startu pojawiła się ekipa Red Arrows na samolotach BAE Hawk. Pokaz jak zawsze perfekcyjnie przygotowany i wykonany. Rewelacyjne mijanki i loty w formacjach to, to co czerwoni robią bezbłędnie wprowadzając publiczność w zachwyt.

Kiedy Anglicy zjechali na PPS rozległ się potężny huk, a na końcu pasa dało się zauważyć kłęby czarnego dymu. Dla nas sprawa była jasna, starują nasze SU-22. Choć mnie osobiście ich pokaz nie powala, to stojący obok Anglicy byli zachwyceni naszymi SUkami. Pokaz piątkowy bez fajerwerków. Tak jakby szybciej zakończony dziwnym wielkim okręgiem za publicznością wykonanym przez jedną z Suczek.

Po przyziemieniu naszych latających czołgów z głośników rozległ się znajomy głos. Turecki komentator zapowiadający występ ich SOLO TURK na samolocie F-16.

Pomyślałby ktoś kolejny F-16 – co za monotonia – bynajmniej. Za każdym razem gdy go widzę w akcji mam wrażenie, że kapitan S.Yalın AHBAB zapomniał gdzie się wyłącza dopalacz w swoim czarno złotym jastrzębiu. Jego pokaz to istna przeplatanka beczek i ostrych zwrotów na pełnym dopalaniu. Istny jeździec bez głowy!
Po szaleństwie na palnikach nastąpiła miła dla oka prezentacja dwóch pamiętających czasy II wojny światowej samolotów Spitfire. Szybkie i wolne przeloty tych samolotów i gang silników Rolls-Royce Merlin im towarzyszący, coś pięknego.

Po chwili zadumy nad czasami wojny przyszedł czas na Patrouille de France. Dla mnie istna światowa czołówka grup akrobacyjnych. W formacjach latają bardzo ciasno, a para synchro i solista podgrzewają atmosferę licznymi mijankami i ciekawymi ewolucjami na bardzo niskich wysokościach.

Wisieńką na torcie piątkowych pokazów był przelot w formacji F-16 J-015 „Oange Lion” + CM-170 Fouga Magister + UK Gloster Meteor T.7 + Hawker Hunter. Ta formacja idealnie odzwierciedla rozwój technologiczny samolotów bojowych na przestrzeni ostatnich lat.

Zmęczeni, ale zadowoleni wróciliśmy do samochodu i odlecieliśmy na camping. Tam czekała na nas miła niespodzianka. Holender remontujący swój domek letniskowy w ramach rekompensaty za hałasy poczęstował nas piwem prosto z lodówki, po całym dniu tego nam było trzeba. Ahh… te oszronione butelki.

Sobota zaczęła się dla nas bardzo wcześnie, bo musieliśmy wstać przed siódmą i szybko się spakować. Równie szybko dojechaliśmy na lotnisko i znowu poszukiwanie dobrej miejscówki. Znalazła się, może nie tak dobra jak dzień wcześniej, ale nie ma co narzekać. Gorsze miejsce wynagrodziła nam pogoda, słonko, pięknie doświetlało palniki, a białe chmury dawały fajne tło.

Przed pokazem Tureckiego F-16 rozpętała się niezła ulewa. Większość ludzi szukała schronienia pod wystawowymi namiotami. My nie zrażeni założyliśmy pałatki i postanowiliśmy przeczekać nie ruszając się z miejsca. Deszcz przestał padać równie szybko jak się zjawił nad lotniskiem. Ale zostawił po sobie coś co dla fotografów było jak prezent na gwiazdkę. Wilgotne i oczyszczone powietrze, które pięknie odrywało się od krawędzi natarcia samolotów podczas gwałtownych manewrów.

Program sobotni różnił się jedynie kolejnością lotów od piątkowego, ale dla mnie było w nim coś czego nie widziałem dzień wcześniej. Frecce Tricolori! Mistrzowie w swoich fachu. Mogłem po raz kolejny podziwiać włoski kunszt pilotażu. To co oni wyprawiają w powietrzu można porównać jedynie do pięknego baletu. Z małą różnicą, bo ten balet tańczony jest przy prędkościach 600-700 km/h. A końcowa figura przy akompaniamencie maestro Pavarottiego – coś niesamowitego. 

Podsumowując 100-lecie Królewskich Holenderskich Sił Powietrznych chce się napisać. Warto, naprawdę warto było przejechać tyle kilometrów, spalić 200 litrów ON i uszczuplić swoje portfele. Warto, dla tych wrażeń, dla emocji, dla spotkania z ludźmi, którzy dzielą i rozumieją twoją pasję. Do zobaczenia na kolejnych pokazach!

Tekst i zdjęcia: 
Artur Kucharski